
Dopiero co rok szkolny się zaczął. Zaraz rok kalendarzowy się skończy. A ja myślami jestem jeszcze troche przy wakacyjnych szkołach językowych. A konkretniej przy skuteczności uczęszczania do szkół zagranicą.
Sporo podróżuję, poza tym w Londynie też mam regularny, częsty kontakt z przyjezdnymi w każdym wieku, mówiącymi różnymi rodzimymi językami. Takie kontakty są niezastąpionym źródłem informacji i doświadczeń.
Pewna sytuacja towarzyska w Lisbonie połechtała moją ciekawość w kwestii wyjazdów do szkół językowych w rodzimych danemu językowi krajach.
To jedna z tych stereotypowych sytuacji podobnych do pochwały immersji. Bez wątpienia immersja jest jedną ze skuteczniejszych metod przyswajania języka tubylców, a wyjazdy na wakacyjne turnusy mogą być jej namiastką dla dzieci i młodzieży na co dzień mieszkających w innojęzycznych krajach.
Ale.
Moje rozmówczynie bardzo sobie chwaliły pobyt na turnusie językowym. Fajnie jest być otoczoną językiem, móc się osłuchać, poznawać kulturę danego kraju. Jednak w rozmowie, tak między słowami, wychodziło że nie miały zbytniego kontaktu z miejscowymi, a ich kulturę poznawały najwyżej od przewodników.
Co najciekawsze – efekty takiej czasowej immersji nie były trwałe.
Kiedy coś mi się nie zgadza budzi się we mnie detektyw, więc podrążyłam odrobinę temat.
Po wnikliwym przyjrzeniu się sprawie i przesłuchaniu plączących się w zeznaniach świadków 😉 wyszło, że z tą immersją to trochę tak jak z dietą.
Dieta-cud
Brzmi znajomo? Z tymi dietami-cud różnie bywa. Na jednych działają, a na innych jakoś nie bardzo. Ciekawe dlaczego?
Podejrzewam, że kopiowanie “bo innym działa” zamiast stopniowego, sensownego wdrażania krok po kroku zmian może różnie wyjść.
Co będzie z diety, która ogranicza lub zabrania tego, co lubi się najbardziej?
Podjadanie
Podobnie jak w przypadku większości zmian kontekst i otoczenie mają ogromne znaczenie. Podpytałam moje rozmówczynie jak spędzały czas poza zajęciami typowo językowymi.
Wyobraź to sobie przez moment – jesteś w Londynie, siedzisz cztery-pięć godzin na zajęciach I co potem? Podpowiem.
Jeszcze przed zajęciami, z samego rana, sprawdzały media społecznościowe. W przerwach też. Po zajęciach pozwiedzały okolicę z przewodnikiem lub z pomocą Google maps. Wieczorami trzymały się ze swoimi, rozmawiały z bliskimi lub oglądały ulubione programy na Netflix czy YouTube.
Taka niby-dieta z powracaniem do sytuacji wyjściowej i podjadaniem w między czasie, bo już nie możesz, a później powrót do starych nawyków mija się z celem. Szkoda czasu I energii.
Zagraniczny wyjazdy, których założeniem jest zanurzenie się w języku obcym i jego kulturze, przeplatane używaniem swojego rodzimego języka w czasie wolnym wydają mi się nieporozumieniem.
Efekt Jo-Jo
W trakcie wspomnianej rozmowy byłam bardzo ciekawa ich wrażeń po powrocie. Niestety nie tylko nie nabyły płynności językowej. Nabrały przekonania, że nie są dobre w nauce języka, no bo ponoć najlepsza metoda jaką jest immersja w ich przypadku nie działam.
Do tego jeszcze doszły pytania życzliwych o wrażenia i wyniki. Odpaliła się reakcję obronną i wymówki.
Wniosek
Wakacyjne wyjazdy językowe, podobnie jak inne podróże, trzeba planować i wprowadzać z głową – obserwując i monitorując wyniki!
Wiem, że się powtarzam – przede wszystkim trzeba określić CEL.
Efekty można równie dobrze osiągnąć krok po kroku. W domowym zaciszu lub w ruchu – jak kto woli. Można przy minimum kosztów osiągnąć maximum efektów. Bez gadżetów, komplikacji, z zastosowaniem poręcznych aplikacji.
Jeśli chcesz ruszyć swój angielski z moją pomocą – zapisz się na listę zainteresowanych Move Your English
Zostaw Komentarz